PAK.IN Stories

Wero pisze - Bośnia i Hercegowina

Gdy niedawno okazało się (jak co roku, zupełnie znienacka), że kończy się lato latko latunio, postanowiliśmy wycisnąć z niego jeszcze ostatnie soki i zabraliśmy nasze niemałe stadko PAK.INów na wycieczkę na południe, ku słońcu, do Bośni i Hercegowiny.

Sam proces pakowania na 2-tygodniową podróż jest czystą przyjemnością, gdy wszystko możesz pogrupować tematycznie w różnych PAK.INowych produktach. I tak, ubrania, których nie połknęły już nasze kamperowe szafki wylądowały w MsengerPAKu, RollPAKi Basic od razu zostały spakowane na górskie wędrówki, torba ShopPAK oraz HippiePAKi pomieściły wszystkie podręcze gadżety, a dodatkowe saszetki pozwoliły nie szukać w panice paszportów na przejściu granicznym czy zielonej karty przy spotkaniu z miejscową policją.

Ale pewnie nawet najlepiej spakowane PAK.INy nie pomogłyby, gdyby Bośnia nie powitała nas z otwartymi ramionami. Sam kraj jest podzielony na dwie autonomiczne jednostki – Republikę Serbską oraz Federację Bośni i Hercegowiny. Nie ma jednak wewnętrznych granic, a o zmianie terytorium informują zazwyczaj flagi – znacznie okazalsze po stronie serbskiej. Poza tym wszędzie zjecie te same pyszne burki, ćevapčići i pljeskavice (Alert dla wegetarian! Absolutnie wszystko występuje tu z mięsem mielonym! No, może poza sałatką szopską...), wypijecie to samo orzeźwiające Sarajevsko (fun fact: torba ShopPAK mieści więcej puszek, niż jesteś w stanie utrzymać na ramieniu w tramwaju w Sarajewie), i doświadczycie takiej samej życzliwości (choć, jeśli potrzebujecie pomocy, musicie o nią poprosić – to chyba historyczne uwarunkowania zdecydowały, że dzisiaj każdy stara się nie zwracać zbyt dużej uwagi na innych).

Na porsuszanie się po Bośni wybraliśmy naszego Volkswagena T3 z 1990 roku, co okazało się strzałem w dziesiątkę – co drugie auto dostawcze tutaj to właśnie T3! Nasz Klaus, jak go pieszczotliwie nazywamy, na szczęście nie potrzebował żadnej pomocy, ale mimo to byliśmy spokojni, że w razie awarii części zamienne znajdziemy na co drugim podwórku (a może przy okazji kupimy też słoik miodu, warkocz czosnku i butelkę swojskiego wina). Noclegi na kempingach pozwoliły nam być nieco bliżej natury (odwiedzały nas sroki, koty i komary), i nawet wieczorny wrześniowy chłodek nie przeszkadzał syknąć przed snem puszką z Sarajevskiem.

W Bośni warto odwiedzić oczywiście Sarajewo czy Mostar, ale jest też wiele innych propozycji dla miłośników gór, wody, architektury czy... schronów atomowych i olimpiady. W Parku Narodowym Sutjeska, przy granicy z Czarnogórą, znajduje się najwyższy szczyt Bośni, Maglić (zdobyty przez nas i RollPAKi basic – to już druga nasza wspólna góra w koronie Europy!). Bliżej Sarajewa zaś można wybrać się na jedną z olimpijskich gór i podziwiać ruiny wyciągu i hotelu olimpijskiego. Kto lubi opuszczone obiekty olimpijskie, koniecznie powinien się wybrać na tor bobslejowy na zboczu góry Trebević, który od 1984 roku zyskał sporo grafitti i uroku. Spragnieni sztuki, ale nie chcący rozstawać się z socjalistycznym duchem, mogą wybrać się do atomowego bunkra Tito pod Konjicem, gdzie w pokojach pełnych mebli z lat 60. zamieszkała ostatnio sztuka współczesna. Fani modernizmu, brutalizmu i socrealizmu docenią zaś blokowiska, urzędy, a nade wszystko rozrzucone po całej Bośni spomeniki, jak na przykład słynny pomnik wojenny w Tjentište.

Czy w Bośni jest coś, co może odpychać potencjalnego turystę? My takich rzeczy nie zaobserwowaliśmy. Nie wiemy co prawda jak w kwestii 5-gwiazdkowych hoteli, drogich win i fine diningu, ale wydaje nam się, że coś by się znalazło :) Jedźcie do Bośni. Jest fajna!

Weronika Pawłowska @wero.paw

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów